Jak się szkoliłem i dlaczego właśnie tak

Nurkować zacząłem w 2010 roku, skończywszy niespełna 40 lat żywota.

Pierwszy kurs, tzw. OWD zakończyłem pod koniec listopada, na „Koparkach”. Obecnie nurkuję już ponad rok „technicznie”, czyli na poziomie tzw. „zaawansowanego nitroksu”.

 

P1030214

Dobrze przeprowadzony kurs OWD to oczywisty krok i najbardziej rozsądny w moim mniemaniu. Oczywiście można poczytać, dowiedzieć się „jak nurkować” z fejsbóka, forów internetowych, książek czy od bardziej doświadczonych kolegów, ale jednak moim zdaniem warto zainwestować te paręnaście stówek, żeby dostać usystematyzowaną widzę od kogoś, kto potrafi ją nam przekazać.

Jeśli wejdziecie np. na FB i zapytacie „u kogo zrobić OWD w mieście …”, to dostaniecie setki odpowiedzi. Część odpowiadających kieruje się oczywiście swoim najlepszym przekonaniem (choć nie zawsze mają porównanie z tym, jak pracują inni instruktorzy), inni zarabiają na tym (np. są instruktorami lub pracują dla jakiegoś instruktora).

Wydaje mi się, że najlepiej posłuchać opinii kogoś, kto szkolił się u wielu instruktorów (lub choćby obserwował ich pracę podczas szkolenia) i ma już za sobą sporo własnych nurkowań. Ktoś taki, kto już nabył więcej umiejętności jest w stanie ocenić, czy jego kurs OWD dał mu tyle, co kursy innych nurków.

„Standardy” większości organizacji określają zakres wiedzy do przekazania kursantowi oraz minimalną liczbę nurkowań (zarówno w basenie jak i w wodach otwartych). Teoretycznie więc spełnienie tych wymagań oznacza, że dostaliśmy to, za co zapłaciliśmy.

Ale… szczerze mówiąc nikt nie jest dobrym nurkiem po 4 nurkowaniach. Warto więc zapytać, jak dokładnie będzie wyglądał kurs. Jeśli instruktor będzie skupiał się na dokładnym przedstawieniu tego minimum określonego przez organizację, to… może warto poszukać takiego, który skupi się na omówieniu tego, czego zechce nas nauczyć (a wiadomo, że niezbędny do osiągnięcia tego czas w wodzie może być bardzo różny w zależności od predyspozycji kursanta). Nawet jeśli zaproponowana w tym drugim przypadku cena będzie wyższa to moim zdaniem warto dopłacić, żeby w swoją „drogę nurkową” wejść z lepszymi umiejętnościami.

Moim zdaniem minimum, jakie powinniśmy wymagać od instruktora to nauczenie nas w toku kursu swobodnego zawiśnięcia poziomo w wodzie oraz wymagania od nas wykonywania zadań bez opierania się o dno, platformę itp. (klęczenie na kolanach zostawmy na uczestniczenie we Mszy Świętej, a pod wodą powinniśmy umieć poruszać się bez kontaktu z dnem, rafą, bez podnoszenia chmury osadu przy każdym ruchu płetwami itp.).

Dodatkowo powinniśmy umieć zmontować i zdemontować swój sprzęt, ocenić prawidłowość jego dopasowania i działania oraz umieć zaplanować swoje nurkowanie (nie tylko przy pomocy komputera ale i „staroświeckich” tabel dekompresyjnych) i umieć tego planu się trzymać. Dobrze jest też dowiedzieć się, co robić, jeśli jednak nie uda się trzymać w pełni naszego planu.

Pewne rzeczy mogą być trudniejsze dla osób nie przepadających za matematyką (obliczanie zużycia gazu, sprawdzenie czy posiadany zapas gazu zgadza się z planem nurkowania itp.), ale warto wiedzieć jak to liczyć (porządne notatki w zeszycie to żaden wstyd!). To powinien nam przekazać instruktor już na pierwszym kursie nurkowym.

Jeszcze jedną istotną sprawą jest liczba kursantów. Organizacje dopuszczają tu bodajże nawet 8 szkolonych na jednego instruktora, ale taki „tłum” uważam za przesadę. Wg mnie najlepsza liczba na kurs jest taka sama, jak liczba nurków w zespole pod wodą: trzech lub dwóch. Nie jest wtedy nas za dużo, żeby instruktor nie mógł skupić się na obserwowaniu naszych postępów (i błędów 🙂 ) a jednocześnie obserwujemy siebie nawzajem.

Jeden kursant i jeden instruktor do dobre zestawienie najwyżej na warsztaty, gdy „szlifuje się” jakąś konkretną umiejętność, ale w trakcie kursu OWD (czy kolejnych) zdecydowanie lepiej jest pracować w zespole pod okiem instruktora niż dać się przez niego „prowadzić za rączkę”.

 

Wybór organizacji

To może wydawać się trudne zagadnienie, ale uspokoję Was: właściwie wszystkie organizacje „drabinkę” szkoleń mają zorganizowaną podobnie. Pewnym wyjątkiem jest założona przez Jakuba-Iwo Cousteau CMAS, ale i ta obchodząca właśnie 60 urodziny organizacja dopasowuje się do innych, komercyjnych „młodszych sióstr”.

  • OWD „open water diver”, czyli „płetwonurek wód otwartych” – pierwszy stopień, daje „uprawnienie” do nurkowania do głębokości 18 (lub 20m) z partnerem o takim samym lub większym poziomie wyszkolenia.
  • AOWD  „advanced OWD”, czyli „płetwonurek zaawansowany” – kolejny stopień, pozwalający na nurkowania do 30m
  • Deep Diver „płetwonurek głęboki” – nurkowania do 40m głębokości

Do tego każda organizacja oferuje kursy – specjalizacje uczące bardziej szczegółowo konkretnych umiejętności, np. nurkowanie w suchym skafandrze, nurkowanie z zestawem dwubutlowym, nawigacja, nurkowanie nocne i w ograniczonej widoczności, nurkowanie z łodzi, nurkowanie na wrakach i wiele, wiele innych.

Każde takie szkolenie potwierdzane jest tzw. „plastikiem” lub „certyfikatem”, najczęściej w postaci plastikowej karty, dzięki którym możemy skorzystać z usług baz na całym świecie, a operatorzy tych baz wiedzą, na jakim poziomie trudności „wolno” nam zanurkować.

Nie muszę chyba dodawać, że każde takie szkolenie to pewien koszt, a „plastik” też nie jest za darmo? 🙂

Dzięki temu podobieństwu „drabinki” szkoleń łatwe jest szkolenie się w różnych organizacjach. Zapewniam Was, że jest bardzo mało prawdopodobne, że spotkacie się z odmową przyjęcia waszych pieniędzy za szkolenie w organizacji X, jeśli poprzednie stopnie robiliście w organizacji Y.

Wróćmy do mojego przykładu… Na pierwsze szkolenie wybrałem Huberta, instruktora w organizacji SSI, bo… koledzy z pracy się u niego szkolili i należeli do klubu przez niego prowadzonego. Oczywiście koledzy byli już o jeden lub dwa stopnie „wyżej”.

Po zakończeniu szkolenia, które objęło dwie sesje basenowe (z perspektywy czasu mógłbym uznać, że to za mało, ale warto wspomnieć, że łącznie 12 lat trenowałem pływanie i piłkę wodną, więc prawdopodobnie moje umiejętności poruszania się w wodzie były nieco wyższe niż przeciętne) i cztery nurkowania w ciągu dwóch dni na Koparkach dostałem „plastik” OWD i mój pierwszy logbook, w którym mogłem zapisywać każde nurkowanie. W informacjach organizacji wyczytałem, że teraz mogę zdobywać koleje „plastiki” albo się szkoląc albo odbywając kolejne dziesiątki i setki nurkowań. Oczywiście, że chciałem po kolei zdobywać te wszystkie trofea!

Na szczęście zanim zapisałem się na 10 kolejnych szkoleń zacząłem regularnie nurkować i dostrzegać, jakiej wiedzy może mi brakować, a jakiej niekoniecznie.

Na przykład od razu polubiłem nurkowanie nocne w naszych jeziorach – mnóstwo ryb, które nie są aktywne w dzień, nastrój tajemniczości, co się kryje zaraz za granicą światła latarki itp. Nurkowałem też w naszych jeziorach, gdzie niekoniecznie „widać jak na Karaibach” i to też mnie nie przerażało. Więc kurs „nurkowanie nocne i w ograniczonej widoczności” sobie odpuściłem i po prostu nurkowałem.

Innym kursem, w przypadku którego nie czułem potrzeby posiadania „plastiku” był kurs nawigacji podwodnej. Zamiast tego po prostu na każdym nurkowaniu stawiałem sobie jakieś zadanie (np. właśnie przejęcie zadania nawigowania w zespole) i w ten sposób doskonaliłem swoje umiejętności.

Nie miałem wtedy jeszcze podwójnego zestawu butli ani nie planowałem zakupu suchego skafandra, więc i te kursy uznałem za niepotrzebne na tym etapie.

Oczywiście kupowałem i czytałem książki o nurkowaniu: o sprzęcie, przyrodzie, bezpieczeństwie i dużo czytałem fora internetowe (fejsbók raczej wtedy nie był popularnym medium wśród polskich nurków).

Napisałem, ile kursów „przeskoczyłem”, ale to nie oznacza, że nie korzystałem z usług instruktorów, płacąc za to. Otóż, gdy czułem, że moje umiejętności nie są wystarczające, a postęp nie pojawia się tak szybko, jak chciałbym albo gdy wiedziałem, że słowne opisy pewnych działań w najlepszej nawet książce są dalece niewystarczające – umawiałem się na tzw. warsztaty, czyli tak naprawdę porządne szkolenie, ale nie kończące się przyznaniem organizacyjnego certyfikatu.

Przykłady: „bezpieczne nurkowanie” u Wojtka, „wyważenie i trym” u Włodka czy „suchy skafander” u Bogdana.

Cofnijmy się znów do czasu po OWD: kolejnym certyfikatem, który zdecydowałem się zdobyć był „nitroks” (czasem zwany EAN), czyli szkolenie dotyczące nurkowania z gazem, w którym jest więcej tlenu niż w powietrzu. Pewnie, jako inżynier, z łatwością mógłbym opanować ten materiał czytając podręcznik do kursu lub książkę, ale „plastik” był przepustką do tego, żeby móc zamówić napełnienie butli takim gazem. Baza mogłaby odmówić takiej usługi, gdyby nie miała pewności, że „wiem, co robię” (a to właśnie potwierdza „plastik”). Ten kurs nie obejmował nurkowań – to tylko seria wykładów i egzamin sprawdzający.

Po kolejnych paru dziesiątkach nurkowań uznałem, że warto pójść o krok dalej, ale nie w kierunku „uprawnień” do coraz głębszego nurkowania, ale w kierunku umiejętności pozwalających na poradzenie sobie z niespodziewanymi sytuacjami, które mogą zdarzyć się w wodzie mi lub komuś w pobliżu.

Poszedłem na kurs „Rescue”. I ten krok polecam każdemu, kto zanurkował co najmniej kilkadziesiąt razy w różnych warunkach, czyli nie tylko w pięknych przejrzystych wodach ciepłych  mórz. Dobrze zrobiony kurs ratownictwa pokaże wam, co to znaczy „wypluć płuca” holując partnera na powierzchni czy wciągając go na łódź albo jak może się zachowywać spanikowany nurek (dobry instruktor i taki scenariusz zaaranżuje).

Ten kurs był pierwszym, w którym zobaczyłem, że pod wodą „coś może pójść źle” i że warto myśleć także o zagrożeniach i działać tak, by nie przerodziły się w przejażdżkę karetką na sygnałach lub – co gorsza – już bez nich… Umiejętności z tego kursu warto powtarzać co jakiś czas (np. radzenie sobie z awariami sprzętu, wydobywanie nieprzytomnego partnera itp.).

Ten kurs odbyłem u Jacka i Piotra, w jeziorze Budzisławskim.

Wraz z kolejnymi zdobytymi doświadczeniami i rosnącym „apetytem” na oglądanie atrakcji położonych nieco głębiej niż „uprawnienia” (np. bardzo chciałem zobaczyć hańczańskie dłubanki i kilka wraków w Bałtyku) postanowiłem – znów ze względu na wymagania, jakie może postawić szyper łodzi nurkowej oraz dla własnego poczucia bezpieczeństwa – zdobyć certyfikat „deep diver” (czyli nurkowania do 40m).

Większość organizacji wymagała jako warunek do przystąpienia do tego kursu posiadanie stopnia AOWD, ale na szczęście jednej z nich wystarczyło, że mam OWD, „nitroks” oraz „rescue” – i w ten sposób po godzinach zgłębiania wiedzy o planowaniu gazów i zagrożeniach związanych z „wieżowcem” wody nad głową oraz paru nurkowaniach w czeskich Hermanicach zyskałem od Jacka „prawo” nurkowania partnerskiego do głębokości 40m.

Zupełnie nie czułem potrzeby robienia „na siłę” kursów w zakresie umiejętności, które (uważałem, że 🙂 ) posiadałem. Miałem juz wtedy własny suchy skafander, zestaw dwubutlowy i sporo innego sprzętu.

Dlaczego piszę „uprawnienia”, „prawo” w cudzysłowie? Tak naprawdę w Polsce (czyli w miejscu, gdzie najczęściej nurkuję) nie obowiązuje prawo ograniczające możliwości nurkowania w zależności od zdobytych certyfikatów. Tak naprawdę każdy dorosły człowiek może zanurkować dowolnie głęboko nie ukończywszy żadnego kursu. Oczywiście, jeśli ktoś postanowi tak zrobić, to może się okazać, że będzie to jedyne nurkowanie w jego życiu.

Ale pod względem prawnym nie zrobi nic niewłaściwego.

 

Kolejnym krokiem w zdobywaniu umiejętności nurkowania był kurs „advanced nitroks”, czyli kurs nurkowania „technicznego”.

Moim zdaniem lepiej od tego określenia istotę różnicy w stosunku do kursów wcześniejszych oddaje „nurkowanie z zaplanowaną dekompresją” albo „nurkowanie z użyciem kilku mieszanek oddechowych”.

Po tym kursie już powinniśmy umieć sobie poradzić pod wodą z wszelkimi problemami, które zdarzą się nam podczas nurkowania. Pojawia się też groźne określenie „sufit dekompresyjny”, czyli zagrożenie zdrowia po zbyt wczesnym wynurzeniu na powierzchnię.

Tak naprawdę to ta dekompresja nie pojawia się w naszym nurkowaniu dopiero teraz; towarzyszy nam od pierwszego zanurzenia pod wodę z automatem oddechowym, nawet na basenie.

Ale na tym etapie może się okazać, że zapomnienie o niej może skończyć się źle dla naszego zdrowia.

 

Kurs „AdvEAN” (czyli „zaawansowany nitroks”) był kolejnym (po „rescue”), w którym zauważyłem, że dużo „może się zdarzyć” w wodzie i który zdopingował mnie do „doszlifowania” (to wciąż trwa) wszystkich zdobytych umiejętności. Po prostu wiem, że błędy na tym etapie mogą skończyć się gorzej niż dopuszczam jako akceptowane ryzyko.

Ten kurs robiłem u Jurka i obejmował wiele zajęć, warsztatów, samodzielnych nurkowań pozwalających doszlifować niektóre umiejętności. Ze względu na rezygnację pierwotnego kursowego partnera całość rozciągnęła się w czasie do ponad roku i objęła lato, jesień zimę, wiosnę i jeszcze jedno lato – ale rzeczywiście poczułem, że w żadnym miejscu nie poszedłem „na skróty” ale i zrozumiałem, że na tym etapie rozwoju nurkowego te umiejętności trzeba ciągle ćwiczyć i utrzymywać na właściwym poziomie.

 

Podsumowanie mojej ścieżki szkoleń:

  • OWD w organizacji SSI, instruktor Hubert
  • Nitroks w organizacji PSAI, instruktor Jarek
  • warsztaty u instruktorów GUE, PADI i CMAS, instruktorzy Wojtek, Włodek, Bogdan, Sebastian, Bartek, Krzysiek
  • Rescue w organizacji SDI/TDI, instruktorzy Jacek i Piotrek
  • AdvEAN w organizacji IANTD, instruktor Jurek i divemaster (ale i bardzo doświadczony nurek) Bartek

W każdy przypadku organizacja była drugorzędna, a najistotniejsze były umiejętności (oraz rodzaje nurkowania jakie robi poza szkoleniami) i wiedza instruktora z danego zakresu oraz jego renoma.

Co dalej?

Jakie kursy lub warsztaty jeszcze planuję, bo uważam, że warto (choć nurkuję już w tych miejscach, to czuję, że mogę nauczyć się więcej od kogoś niż sam lub – co gorsza – na swoich błędach):

  • kurs nurkowania pod lodem
  • kurs wrakowo-morski z elementami autoratownictwa

Na razie nie planuję nurkowania z użyciem mieszanek zawierających hel, ale… „nigdy nie mów nigdy” 🙂

 

Głowica Gralmarine

Wiem, że nie odkrywam Ameryki, ale może komuś się przyda: wpuszczenie paru kropel oleju do łańcuchów rowerowych (a pewnie i każdego innego smaru) znacznie poprawia łatwość kręcenia pokrętłem sterującym latarką.

 

Wymiana kabla głowicy Gralmarine

Jak wiadomo każdy kabel ma dwa końce.

W naszym przypadku jeden przez dławnicę wchodzi do głowicy latarki, a drugi jest zakończony wtyczką.

Oryginalny przewód jest w izolacji gumowej i ma średnicę zewnętrzną około 7,2mm, więc na wymianę kupiłem podobny (H05RR-F 2x1mm kw. o średnicy zewnętrznej ok. 6,9mm). Lepiej byłoby zastosować żyły o większym przekroju (np. 2×2,5mm kw.), ale wtedy średnica zewnętrzna uniemożliwiłaby zamontowanie go w dławnicach.

Przy okazji wymiany postanowiłem wymienić oringi w uszczelnieniach:

  • do dławnicy w głowicy potrzebne są trzy sztuki (wg moich pomiarów 7×2,5)
  • do wtyczki potrzebne są również trzy sztuki  7×2,5 oraz dwa oringi uszczelniające połączenie z gniazdem w kanistrze (9,66×1,78 i 11,50×2).

Uwaga: pomiary oringów mogą nie być dokładne, postaram się jeszcze zweryfikować u źródła. Czerwony prostokąt oznacza miejsce, gdzie trafiają trzy oringi.

z1

Jak zmienić parametry kamerki ContourROAM bez aplikacji StoryTeller (How to set ContourROAM parameters without a StoryTeller application)

English version follows.

Po paru dniach zabaw „na sucho” z kamerką ContourROAM i paru reinstalacjach QuickTime i samej aplikacji StoryTeller doszedłem do wniosku, że to nieco irytujące…

Ale jest sposób na ustawienie parametrów kamery przy pomocy dowolnego urządzenia, które potrafi odczytać i zapisać plik w kamerze poprzez USB. Windows + Notatnik jest w sam raz.

1. Podłącz kamerę do USB w PC.

2. Otwórz dysk, który się pojawi (albo kliknij „Otwórz folder, aby wyświetlić pliki” w oknie „Autoodtwarzanie”).

3. Otwórz plik FW_RTC.txt w Notatniku.

4. Znajdź linie:

– „UPDATE:N” zmień na „UPDATE:Y

– w liniach rozpoczynających się od „1” możesz ustawić tryb nagrywania, bitrate (jakość), czułość mikrofonu, dźwięki (w dalszej części pliku znajdziesz wartości parametrów)

– w sekcji rozpoczynającej się od ”    GLOBAL” możesz ustawić datę i czas („DT”) i liczbę obrazów na sekundę

5. Zapisz plik i „wysuń” (odmontuj) urządzenie „ContourROAM”, żeby zmiana się zapisała.

During few days of using Contour StoryTeller app I had to reinstall QuckTime and StoryTeller itself. It kinda annoying…

I found the way of changing camera settings with any device which can read and write to camera card file system via USB (read: Windows + Notepad is quite enough).

1. Connect camera to PC via USB.

2. Open newly shown disk drive (mine is E:) or just click „Open folder to view files” in Windows’ AutoPlay dialog window.

3. Open FW_RTC.txt file using any text editor (e.g. Windows Notepad)

4. Find lines:

– „UPDATE:N” and change it to „UPDATE:Y

– in lines starting with „1” you can change desired recording mode, bitrate, mic sensitivity, camera „beeps” (see file content below to know what is the settings syntax)

– in section starting with ”    GLOBAL” you can change e.g. date and time („DT”), frames per second

5. Save file and safely unmount camera to make sure file was written.

DIY interfejs USB do Suunto (np. Zoop)

Schemat stąd: http://homepage.hispeed.ch/scubadiver/ („Downloads and Links”:
http://scubadiver.gmxhome.de/download/usb.pdf)

Jako bazę wykorzystam ten moduł:
http://www.propox.com/products/t_93.html?lang=pl (do
zlutowania tylko prostsza część z 2 tranzystorami i 5 rezystorami).
Moduł już miałem, stąd wybór właśnie tego, ale każdy z układem FT-232 powinien się dać użyć).

A stąd http://www.mergulholivre.com.br/index.php?c=129&s=291&lang=16 zaczerpnałęm świetny pomysł: konektor od stacji dyskietek 3,5″ pasuje do wycięć obudowy komputera. 2 druciki (gold-piny, zagięte o 90 stopni na granicy gniazda) w środkowe otwory et voila!

Używam tej samoróbki od ponad roku bez problemów.
Działa z Suunto Dive Managerem 3.x.